13 January 2014

My Israel

 

Spotkanie z najpopularniejszą pisarką izraelską Rina Frank w Tel Awiwie, bardzo klimatyczna Jerozolima, wielkie emocje pod Ścianą Płaczu i pierwszy shabbat w moim życiu. Zamieszki i ucieczka przed gazem łzawiącym nad Zachodnim Brzegiem Jordanu, wizyta na granicy z Libanem i na końcu pomarańczowe pustynie Palestyny i błotno-solna kąpiel w Morzu Martwym. 

 

Żaden inny kraj nie wywołał u mnie takich skrajnych emocji, od wielkiego strachu o własne życie, poprzez ogromne wzruszenie przy Ścianie Płaczu, a kończąc na wielkim zachwycie nad atmosferą Bliskiego Wschodu i historią, którą spotyka się tutaj na każdym kroku.

 

 

 

W Tel Awiwie ląduję nad ranem i zaraz udaję się na wczesnoporanny spacer przepiękną promenadą nadmorską. Ogromne piaszczyste plaże, rześkie powietrze, zapach Morza Śródziemnego i nowoczesne wieżowce i hotele – to obraz budzącego się do dnia Tel Awiwu, który zapamiętam na zawsze. Na śniadanie jestem umówiona z Riną Frank – najpopularniejszą pisarką izraelską, autorką „Każdy dom potrzebuje balkonu” i „Bardziej niż wczoraj”. Spotykamy się w bardzo urokliwej kawiarni Schanti. Wieczorem na pożegnanie Tel Awiwu jeszcze raz udaję się na spacer promenadą nad morzem po to, żeby zobaczyć przepięknie oświetlone nocą miasto oraz całkiem inaczej niż w Polsce obrócony księżyc.

 

 

 

 

Następnego dnia rano udaję się do leżącej na wzgórzach Jerozolimy, która przepięknie się prezentuje w świetle dopołudniowego słońca. Całe miasto jest zabudowane urokliwymi niskimi kamienicami z piaskowca, a ulicami przemykają liczni ortodoksyjni Żydzi w swoich charakterystycznych strojach. Jerozolima to prawdziwa mieszanka religii, kultur i narodowości. Obok siebie żyją tutaj ortodoksyjni Żydzi, Muzułmanie, chrześcijańscy Palestyńczycy, a każde inne wyznanie i religia ma tutaj postawiony swój własny kościół. To święte miejsce dla trzech wielkich religii: judaizmu, islamu i chrześcijaństwa. Muzułmanie mają tutaj swój Meczet na Skale, Żydzi – Ścianę Płaczu, która jest pozostałością po Świątyni Salomona, a Chrześcijanie - Drogę Krzyżową i Grób Pański ukryte w sukach dzielnicy muzułmańskiej. Największe emocje wywołuje u mnie Ściana Płaczu, która podzielona jest na część dla mężczyzn zajmującą dwie trzecie długości i mniejszą część dla kobiet. W części męskiej można zobaczyć mężczyzn z torami w rękach kołyszących się w rytm modlitwy, zwróconych twarzą do ściany. W części damskiej panuje tłok, płaczące głośno kobiety zatykają karteczki z prośbami do Boga w szczeliny ściany. Są tutaj zarówno starsze kobiety, jak i młode dziewczynki – wszystkie pogrążone w płaczu, z twarzami ukrytymi w torach. Nie sposób tutaj nie zacząć płakać, nie sposób nie wziąć karteczki i nie zapisać swojej prośby i nie wetknąć w szpary tej magicznej ściany ...

 

 

 

 

Cały kraj jest podzielony na strefy zasięgu rakiet Hamasu wystrzeliwanych ze Strefy Gazy, a na ulicach jest mnóstwo żołnierzy z karabinami. Trzeba się przyzwyczaić do wszechobecnego widoku broni. Obowiązkowa służba wojskowa obejmuje zarówno dla mężczyzn (3 lata), jak i kobiety (2 lata), dlatego na ulicach można spotkać też mnóstwo młodych kobiet w stroju wojskowym i z karabinem na szyi. Pewnego wieczoru spotykam się z przyjacielem na stałe mieszkającym w Jerozolimie i rozmawiamy o nalotach rakietowych Hamasu w listopadzie 2012 roku. On z przerażeniem opowiada o tym, że dwie rakiety zostały wystrzelone na Jerozolimę i spadły kilka kilometrów przed Świętym Miastem. Następnego dnia jestem już w Palestynie i przez przypadek znajduję się zbyt blisko zamieszek w obozie Palestyńczyków. Nagle czuję szczypanie w gardle i nosie, a oczy zachodzą mi łzami, po chwili słyszę strzały. Mój lokalny przewodnik nakazuje ucieczkę i ze łzami w oczach krzyczy, że codziennie tutaj jest tak samo, raz gaz, raz strzelanie, dzień w dzień ciągle to samo - gaz i strzelanie ...

 

 

 

 

Podczas mojej podróży wzdłuż wybrzeża na północ Izraela odwiedzam miasteczka typowo muzułmańskie oraz majestatyczną Hajfę, którą podziwiam ze wzgórza Karmel. Docieram do granicy z Libanem, przepięknie położonej przy grotach Rosh Hanikra. Na granicy spotykają mnie nieprzyjemności ze strony wrogo nastawionych Libańczyków, ponieważ okazuje się, że mój strój (oliwkowe bojówki i kurtka wojskowa zakupione parę lat temu w Polsce) za bardzo przypomina im strój rezerwy armii izraelskiej. Pomimo wrogich spojrzeń miło jest jednak popatrzeć jak chętnie fotografują się oni pod drogowskazem Jerozolima – Bejrut, stając dumnie po prawej stronie.

 

 

 

 

Codziennie robię zakupy na lokalnym bazarze, pełnym straganów ze świeżymi warzywami i owocami, aromatycznymi przyprawami, bakaliami, pieczywem, lokalną chałwą sprzedawaną na kilogramy i baklawą. Codziennie delektuję się lokalnymi specjałami – falafel i humus – daniami opartymi na ciecierzycy, które zagryzam pitą.

 

 

 

 

W piątek wieczorem wracam z powrotem do Jerozolimy na pierwszą w moim życiu kolację szabatową. Szabat to inaczej ostatni siódmy dzień tygodnia, obchodzony jako dzień święty na pamiątkę tego, że dnia siódmego po zakończeniu aktu stworzenia Bóg odpoczywał. Szabat zaczyna się zaczyna się już w piątek wieczorem, ponieważ dzień dla Żydów zaczyna się po zmierzchu, a nie rano. Biorę udział w uroczystej kolacji według obrządku żydowskiego, po wcześniejszym wspólnym przygotowywaniu koszernego jedzenia. Po kolacji cały następny dzień w sobotę żaden Żyd nie ma prawa pracować, powinien tylko odpoczywać. Nie kursuje komunikacja publiczna, wszystkie sklepy są pozamykane. Żeby udać się gdziekolwiek, należy skorzystać z usług Palestyńczyków i Muzułmanów, którzy w ten dzień prowadzą autobusy i sprzedają w sklepach. W sobotę wieczorem wracam więc w muzułmańskim autobusie z kolejnej wyprawy, kiedy to natykamy się na ulicy na pochód Żydów z okazji szabatu, którzy na znak protestu niezwłocznie zaczynają rzucać w nasz autobus kamieniami i kopać w opony. Kolejna podobna sytuacja spotyka mnie w następna noc, kiedy z kolei prowadzony przez Żyda autobus o mało co nie zderza się z autobusem prowadzonym przez Muzułmanina. Obaj kierowcy zatrzymali autobusy pełne ludzi na środku szybkiej drogi, wyskoczyli na ulice i zaczęli się bić – wszyscy pasażerowie błagali ich o zaprzestanie walki i zawiezienie do celu.

 

 

 

 

W ostatni mój dzień w Izraelu postanawiam zobaczyć największą depresję na świecie – położone 450 m poniżej ogólnego poziomu mórz - Morze Martwe. Słynie ono z leczniczych właściwości kąpieli błotno-solnych i niezwykłej wyporności nie pozwalającej się utopić. Jadąc przez Zachodni Brzeg Jordanu podziwiam przepiękne rozlegle pomarańczowe pustynie Palestyny.

 

 

 

 

Wróciłam do kraju, tutaj minął tylko jeden zwykły tydzień ... 

 

Izrael, 13-20.01.2013 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Back